Fińska wataha okazała się niestraszna naszym koszykarzom. Polacy wrócili do swojego rytmu z dwóch pierwszych spotkań turnieju i po dobrym meczu pokonali reprezentację z północnej Europy 78:65, odnosząc swoje najwyższe zwycięstwo w fazie grupowej EuroBasketu 2015. O ćwierćfinał zagrają w sobotę z drugim zespołem rozgrywanej w Berlinie grupy B. Będzie to Hiszpania, Włochy bądź Turcja.

Blisko 4 tysiące kibiców reprezentacji Finlandii przyjechało na mistrzostwa Europy do Montpellier. Kibice “Susijengów”, czyli watahy wilków, jak o sobie mówią, stanowią najliczniejszą grupę fanów spoza Francji, w tym położonym blisko Morza Śródziemnego mieście. Widać ich na każdym kroku, niezależnie od pory dnia ubranych w koszulki związane z reprezentacją bądź krajem. W Lille, gdzie będzie rozgrywana druga faza, kibiców drużyny narodowej na pewno pojawi się jeszcze więcej. Potencjał jest, co pokazały niedawne mistrzostwa świata, na które przyjechało ponad 10 tysięcy fanów reprezentacji z północnej Europy.

– Oni są niesamowici, aż chce się dla nich oddać życie na boisku – mówił trener Henrik Dettmann, który wyciągnął fińską koszykówkę z kryzysu. Jeszcze kilka lat temu Finlandia uważana była za europejskiego słabeusza. Zmiana systemu szkolenia oraz duża konsekwencja w działaniu sprawiła, że Finowie dwa ostatnie EuroBaskety zakończyli na 9. miejscu. Mieli też okazję wystąpić w mistrzostwach świata.

EuroBasket zaczęli od dwóch porażek z Francją oraz Izraelem. Przełom nastąpił w starciu z Rosją, które ludzie Dettmanna wygrali po rzucie w samej końcówce Petteri Koponena. W środę Finowie bez większych problemów rozprawili się z Bośnią i Hercegowiną, co zapewniło Polakom promocję do drugiej rundy zmagań.

W odmiennych humorach do meczu przystąpili Biało-Czerwoni. Dwie, dawno niespotykane wygrane na początek mistrzostw, sprawiły, że po sześciu latach przerwy nasz zespół ponownie przebił się do drugiej części zmagań. Apetyt kibiców, a także samych koszykarzy, pobudziło nieznacznie przegrane spotkanie z Francją. Po meczu z Izraelem, w którym zabrakło gdzieś koncentracji, nasi zawodnicy byli źli na samych siebie. Do końca bili się o wygraną, choć zanotowali 23 straty. Gdyby zagrali na podobnym poziomie, co z Bośnią i Hercegowiną oraz Rosją z Finami rywalizowaliby o drugą pozycję w grupie. Tak Polakom pozostała walka o uniknięcie czwartego miejsca, które skazywało na grę z niepokonaną w pierwszym etapie zmagań Serbią.

Świadomi tego faktu Polacy przystąpili do meczu skoncentrowani. Zniknęły gdzieś głupie, nierozważne straty (tylko pięć do przerwy), które były naszą bolączką w starciu z Izraelem. Nawet gdy popełnialiśmy błędy, byliśmy w stanie je zniwelować. Twarda gra pod koszem przyniosła nam prowadzenie 13:9. Finowie niezwykle skutecznie korzystali zaś ze swojej najgroźniejszej broni, czyli rzutu za trzy punkty (3/4 po 10 minutach).

To był mecz dwóch trenerskich osobowości. Pogodnego, dobrze nastrającego zespół i nieustannie “podekscytowanego” trenera Mike’a Taylora z wizjonerem, człowiekiem, który wyciągnął fińską koszykówkę z zapaści Henrikiem Dettmannem. Ich wpływ na grę zespołów był bardzo dobrze widoczny w drugiej kwarcie. Polacy po akcjach A.J. Slaughtera i najlepszego punktującego reprezentacji Adam Waczyńskiego objęli prowadzenie 27:20. Wówczas Dettmann wziął jednak czas… i szybko na tablicy świetlnej pojawił się remis (29:29). Nie minęła minuta, a interwencja Taylora przyniosła nam prowadzenie 37:32. Kolejna przerwa na żądanie i znów remis.

Do szatni polscy koszykarze schodzili, prowadząc 42:41. 10 punktów miał na swoim koncie Adam Waczyński, o dwa mniej Marcin Gortat, który dodatkowo miał dwie zbiórki i dwie asysty. Dobrze grą Polaków kierował A.J. Slaughter (pięć asyst), ale pod tym względem efektywniejszy okazał się Petteri Koponen – siedem końcowych podań. Duża część z nich trafiła w ręce zawodników rzucających z dystansu.